środa, 19 listopada 2014

Prolog & Rozdział Pierwszy


Prolog

27 sierpnia, 1856 rok.
Zapach drewna i siarki objął całą wioskę. Na ulicach nie było ani jednej żywej duszy, wszyscy schronili się w swoich domkach. Z nieba spadały maleńkie kropelki letniego deszczu, mrok pochłonął wszystko, a sowy nawet nie pohukiwały. Jak na małą wioskę znajdującą się w Denver mieszkańcy byli niesamowicie odważni, choć dobrze wiedzieli jakie ryzyko stanowi wyjście z domu w środku nocy. Otchłań ciemności wyłoniła pewną wysoką, masywną postać idącą w stronę młynku, po wzroście można było określić, że jest to mężczyzna, o wiele starszy niż inni mieszkańcy wioski. Poruszał się bardzo wolno, a jego ruchy były płynne i dobrze zaplanował każdy następny krok. Na nieszczęście pewnego młodego człowieka, który najprawdopodobniej został w młynku na zmianie, przerażająca postać zauważyła go. Jednak nie wyglądał na zdziwionego. Mężczyzna grzebiąc coś w pewnym pudle, odruchowo się odwrócił i zobaczył delikwenta stojącego nad nim, trzymał coś w dłoni. Śmiertelnik zaczął wrzeszczeć, a ten złapał go za marynarkę i podciągnął do góry bez żadnego problemu. Czuć było od niego niesamowitą moc, która wywoływała panikę wśród mieszkańców różnych wsi. Mężczyzna rzucił młodego na podłogę, po czym złapał go za włosy i zaczął ciągnąć w głąb lasu. Chłop krzyczał, ale nikt z mieszkańców nie wyszedł nawet na balkon zobaczyć co się dzieje, wszyscy byli przerażeni, nikt nie śmiał nawet przeszkodzić choćby na chwilę. Obydwóch mężczyzn było widać jedynie przez cień. Mężczyzna, który wcześniej wyłonił się z ciemności zaczął znęcać się nad swoim towarzyszem. Z mroku słychać było błaganie, oraz przeprosiny, nie wliczając przekleństw Jegomości. Wyższy mężczyzna wyciągnął lewą rękę, obrócił się lekko w lewą stronę, z pochwy wyjął długi, srebrny miecz. Chłopak próbował uciec, ale tamten złapał go za nogę i przyciągnął do siebie. Z lasu gdzie znajdywali się mężczyźni wydobył się ciężki, potężny oraz donośny głos, mówiący "Nie rozumiem dlaczego zachowujesz się w taki sposób. Mogłeś mieć wszystko. Mogłem Ci dać całą moją moc, abyś tylko zrozumiał grzechy ludzkości, jednakże nie. Musisz trzymać na swoim, trzymać się tych paskudnych stworzeń. Vale, Raymond."  W tym momencie Jegomość wbił długi miecz w klatkę piersiową swojego rozmówcy, aby następnie zniknąć w ciemnościach.

Rozdział pierwszy

20 lipca, 1997 rok.
Już od dziecka wiedziałam, że jestem inna. Dzieci wyzywały mnie od dziwolągów, szajbusów i życzyły śmierci. Nie raz tego pragnęłam, uwierzcie mi na słowo. W świecie, w którym żyję nie ma czasu na zastanowienia, wszyscy myślą tylko o sobie i aby znaleźć choć jedną dobrą duszyczkę, z którą będziemy mogli porozmawiać jest wyczynem. Jednak czego tak naprawdę pragniemy? Czy w głębi serca rzeczywiście chcemy, aby ten świat stał się lepszy? Abyśmy my, jako istoty śmiertelne dawali z siebie wystarczająco dużo, gdy nasi rówieśnicy za oknem walczą o przetrwanie? Szkoda mi nawet czasu, aby się nad tym zastanawiać. Straciłam w życiu już tyle bliskich mi osób, że wszystko jest mi już obojętne. Pragnę wolności! Chcę oddychać pełną piersią i nie przejmować się zasadami! Tak bardzo pragnę… Tak bardzo chcę… Czy to aż tak wiele?
-Luciano! Chodź tu natychmiast! – słyszę najbardziej piskliwy głos, z którym moje uszy kiedykolwiek miały do czynienia. Zeskakuję z wysokiego łóżka w staroświeckim stylu, kieruję się do drzwi i uchylam je lekko. Przede mną przebiega czarny kot o imieniu Severus. Tak prezentuje się moje życie na co dzień. Wykorzystują mnie tutaj jako sprzątaczkę i nianię. Nie interesuje ich to, że jestem jedynym spadkobiercą mojego rodu, rodziny Montgomery. Gdy miałam dziesięć lat moi rodzicie zginęli w tragicznym wypadku, a ja zostałam oddana pod opiekę mojej gderliwej ciotce Helenie. Jest żoną mojego wujka od strony matki. Ma ona dwóch bardzo energicznych synów: Alberta i Arnolda. Do dziś zastanawiam się, dlaczego moja rodzina nadaje takie staroświeckie imiona. Schodzę na dół po drewnianych, skrzypiących schodach i wchodzę do ogromnej jadalni. Spoglądam na moją ciotkę, a następnie na gosposię, która bacznie mi się przygląda. Nasza pokojówka jest jedyną w porządku osobą w tym domu, zawsze można z nią porozmawiać i nigdy nikogo nie wyśmieje. Tym bardziej mnie, którą nawet ciotka wyzywa od szajbusów i psycholi.
-Antonino, możesz odejść. – mój wzrok od razu skupił się na Helenie, która gestem dłoni pokazała gosposi, aby opuściła pomieszczenie. Antonina Johnson, córka niegdyś wielkiego biznesmena, Josepha Johnsona, który razem ze swoją żoną Matyldą zginęli podczas wyprawy do Europy. W taki sposób ich dwudziestoletnia córka trafiła do nas, aby mieć gdzie mieszkać i z czego się utrzymać. Antonina jest bardzo ładna, według mnie dobrze poradziłaby sobie w innej pracy – na przykład jako modelka. Jest wysoka, ma jasną karnację i jej brązowe proste włosy wspaniale wyglądają przy kombinacji zielonych oczu. Dlaczego więc pracuje tutaj i pozwala się traktować jak śmiecia? Jest to jej odwieczna tajemnica.
-Kiedy Cię wołam masz przychodzić od razu. Dlaczego kazałaś mi tyle czekać? - skupiłam się na tym, co mówiła do mnie Helena. Momentami odnoszę wrażenie iż wydaje się jej, że pieniądze, które nawet nie należą do niej strzeliły jej do głowy i jest bardziej rąbnięta ode mnie.
-Wybacz, ciociu. To się więcej nie powtórzy. – mamy dwudziesty wiek, a ja muszę mówić jak jakaś panienka z lat czterdziestych osiemnastego wieku. Moja rodzina bardzo stawiała uwagę na dostojność i elegancję, ale do takiego stopnia? Jest to już zabawne.
-Mam taką nadzieję. Słuchaj mnie panienko, dzisiaj o osiemnastej ma się zjawić tutaj sam pan prezydent ze swoją rodziną. Myślę, że wspaniale ich przywitasz i pokażesz jak wspaniały jest ród rodziny Montgomery. – tak, nasz wspaniały prezydent Ludwik i jego wścibska żona Diana. Nie licząc jeszcze tego narcyza Stefana, ich syna. Mimo iż już dawno minęły staroświeckie dzieje moje miasto jest pochłonięte kulturą. Dlaczego? Ponieważ mamy mroczne czasy i tak nam nakazano, nieposłuszeństwo oznacza śmierć, a kto chciałby zginąć w tak żałosny sposób jakim jest nie usłuchanie się paru głupim zasadom na temat elegancji i manier? Jedynie głupcy, którzy uważają, że są odważni, a tak naprawdę pokazują jak nasza rasa się stoczyła i które miejsce zajmujemy w hierarchii w tym tysiącleciu.
-Rozumiem więc, że odbędzie się uroczysta kolacja na ich cześć? I rozumiem iż to ja mam ich powitać na naszym dworze? – pytam delikatnie się krzywiąc. Stefan chodzi ze mną do szkoły, nie za bardzo cieszę się z tego powodu, gdyż nasze klasy są naprzeciwko siebie. Jest bardzo lubianym uczniem, zastanawia mnie tylko to czy to dlatego iż ludzie uważają, że naprawdę jest taki niesamowity czy chodzi tylko o kasę.
-Ależ oczywiście! Wyobrażasz sobie inny obrót zdarzeń? Jasne, że odbędzie się uroczysta kolacja. Widzisz ile pracy włożyłam, aby nasza posiadłość wyglądała tak wspaniale? To tylko dzięki mnie i majątku, który nasza rodzina bogaciła przez wieki, droga panno. Na dworze powita ich Antonina, ona bardziej się do tego nadaje. Teraz zmykaj mi z oczu! W garderobie Twojej matki zostawiłam Ci suknie balową, oby była dobra. Poproś Antoninę, by pomogła Ci ją założyć. – przytakuję, a następnie wychodzę z jadalni. Chcę uciec i schować się gdzieś w kącie. Nie czuję się dobrze w takich zabawach, a tym bardziej mdli mnie na samą myśli, że będę musiała spędzić wieczór ze Stefanem. Wydaje mu się, że za pieniądze swojego ojca może wszystko. Jednak to nie tak wygląda w dzisiejszych czasach. Dzisiaj nikt się nie liczy z tutejszymi władzami, a tym bardziej my. Ciekawi mnie tylko, kiedy w końcu ludzie to zauważą. Przechodzę z głównego korytarza pełnego portretów rodziny Montgomery i wchodzę po schodach na górę. Słyszę ciche śmiechy dobiegające z wnętrza pokoju gościnnego. Jestem osobą opanowaną, może nie bije ode mnie pewność siebie, jednak trudno mnie wystraszyć. Idę powolnym krokiem w stronę drzwi, śmiechy stają się coraz głośniejsze, gdyby ktoś wiedział, że tutaj idę i jakby chciał mnie bardziej wystraszyć. Jednakże to niemożliwe. Mimo iż nasza posiadłość jest ogromna nie jest możliwe, aby ktokolwiek tutaj wszedł. Większość pomieszczeń została zamknięta, chcemy oszczędzić na wydatkach. Przełykam głośno ślinę i uchylam drewniane, wielkie drzwi. Hałasy ucichły. Wychylam się delikatnie i spoglądam dookoła. Nikogo tutaj nie ma. Stawiam lewą nogę na przód i wkraczam do ciemnego pokoju, pełnego świec i ozdób. Kominek okryty jest prześcieradłem, aby Antonina nie musiała codziennie wycierać go od kurzu. Wchodzę w głąb. Nic poza moim oddechem tutaj nie słyszę, żałuję iż jest tak ciemno. Okna są zasłonięte, a ta cisza zaczyna mnie powoli niepokoić. Po chwili słyszę szelest. Tuż za moimi plecami. Odwracam się gwałtownie i rozglądam. Najprawdopodobniej to wszystko mi się tylko wydawało. Ruszam w stronę drzwi pewnym krokiem, gdy przede mną wyskakują dzieci. Arnold i Albert.
-Cholera! Wiecie jak mnie wystraszyliście?! – krzyczę cała przerażona. Przez chwilę wydawało mi się, że nie mogę złapać oddechu. Głupie dzieciaki, nie mają co robić tylko zakradać się do zamkniętych pomieszczeń i robić sobie z biednej kuzynki żary. 
-Hahah żałuj, że nie widziałaś swojej miny! Była naprawdę piękna! – patrzę na Alberta i wyciągam do niego dłonie w żartobliwym geście „uduszenia”. Chłopcy są bliźniakami, oboje mają niecały metr pięćdziesiąt, krótkiej długości ciemne włosy oraz piwne oczy. Jedyne co ich różni jest to, że Arnold ma pieprzyk pod prawym okiem.
-Ty mały! Powinniście skakać z radości, że nie zaczęłam krzyczeć głośniej. Gdyby wasza matka się dowiedziała, że zakradacie się do zamkniętych pomieszczeń nie byłoby już tak zabawnie wiecie. Jednakże lubię was i nie mam zamiaru na was donosić, ale uważajcie, bo następnym razem możecie przestraszyć ją albo Antoninę. – mówię całkowicie poważnie i uśmiecham się do nich życzliwie. To są naprawdę fajne chłopaki, aż się dziwię iż to właśnie synowie Heleny. Są od niej zupełnie inni. Zabawni i pełni życia, nie biorą tego wszystkiego tak na poważnie jak ona i chcą się świetnie bawić, brać życie najlepsze jakim jest. Bliźniaki spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, po czym Arnold mówi.
-Wybacz, Lucy, ale my nie wchodzimy do zamkniętych pomieszczeń. Widziałem jak wchodzisz tutaj, więc razem z Albercikiem pomyśleliśmy, że Cię przestraszymy. Nie mów nic mamie! My naprawdę nie wchodzimy do takich miejsc! – usłyszawszy to spoglądam na nich w osłupieniu. Na początku wydaję mi się, że żartują sobie ze mnie. Jednak… ich wzrok mówi sam za siebie. Znam tych chłopców od urodzenia i doskonale wiem, kiedy kłamią. Przybieram kamienny wyraz twarzy i uśmiecham się promiennie. Głaszczę ich po głowię i odpowiadam.
-No dobrze. Zapomnijmy o tym, a teraz lećcie do pokoju. Za godzinę mają się tu zjawić grube ryby, których tak bardzo nie lubimy. – chłopcy przybili mi piątkę, a następnie pobiegli do swojego pokoju. Spoglądam za siebie na sypialnię dla gości, a następnie łapię za klamkę i powoli zamykam drzwi. Czy to możliwe, że ktoś tutaj był? A może chłopcy są na tyle cwani, że nauczyli się mnie oszukiwać? Nie chcę teraz o tym myśleć. Mam godzinę na przygotowanie się do tej głupiej kolacji. Skręcam w lewo, po czym wchodzę do pokoju na samym końcu korytarza. Drzwi po prawej stronie. Oto mój pokój. Ogromny, wykonany z ciemnego drewna w barokowym stylu. Niegdyś służył jako sypialnia moich rodziców, jednak po ich śmierci został oddany mi pod opiekę. Z mojego pokoju da radę przejść do garderoby mojej matki i osobistej łazienki. Podchodzę do szafy, wyciągam z niej dwa duże ręczniki, po czym kieruję się do złotej łazienki. Puszczam szumiącą wodę w przeogromnej wannie i podchodzę do lustra. Przeglądam się w nim, a następnie wzdycham na samą myśl o dzisiejszej nocy. Chcę to po prostu mieć już za sobą. Ściągam ubranie, wchodzę do wanny i zamykam kran. W takich chwilach czuję, że żyję. To niesamowite uczucie jak bardzo ciepła woda może zrelaksować człowieka. Relaks. Znaczenie tego słowa w dzisiejszych czasach prawie w ogóle nie ma znaczenia. Słyszę jak ktoś puka do drzwi. Chodzi po moim pokoju i kaszle co jakiś czas. To pewnie Antonina.
-Panienko! Już czas, abyśmy panienkę przyszykowały na dzisiejszy wieczór. – jedyny damski głos w tym domu, dzięki któremu na duszy od razu robi się cieplej. Myję szybko włosy, a następnie wychodzę z wanny. Spuszczam wodę i podchodzę do lustra. Większość osób wspomina, że bardzo przypominam swoją matkę. Długie, faliste blond włosy momentami popadające w jasny brąz, zielone oczy otulone ramką długich rzęs, urzekające usta i niespotykany wzrost jak na dziewczynę w moim wieku. Nie zaliczam się do osób niskich bądź wysokich, mam zaledwie metr sześćdziesiąt pięć przy wadze pięćdziesięciu dwóch kilogramów.  Dlaczego niespotykany? Ponieważ wokół dziewczyn z mojej szkoły jestem piątą z dziesięciu, które mają powyżej metru sześćdziesięciu. Moja cera jest jasna, bez żadnej skazy, a dłonie oraz paznokcie zadbane. Nieraz spotkałam się z określeniem „bogata paniusia”, jednak nie uważam się za taką. Nie szastam pieniędzmi, dla mnie w tym świecie są one zbędne. Ubieram czystą bieliznę, szybko suszę włosy, myję zęby, po czym wychodzę z łazienki do sypialni. Przede mną stoi Antonina z długą, kremową suknią z moimi wyhaftowanymi inicjałami L.C.G.M, czyli Luciana Chloe Grace Montgomery. Podchodzę do niej, a ona pomaga mi założyć gorset. Czuję, że brakuję mi powietrza. Nienawidzę tego typu przyjęć, ponieważ zawsze każą zakładać mi to diabelstwo na siebie. Wciągam sukienkę, podchodzę do lustra i maluję usta różową szminką. Poprawiam włosy, aby mój przedziałek znajdował się na środku, a następnie wzdycham. Mam już dość, a nawet się nie zaczęło.
-Wygląda panienka jak laleczka. – powiedziała z uśmiechem na twarzy, a następnie skierowała się do wyjścia zabierając z mojej łazienki ręczniki i brudne rzeczy. Stojąc przy drzwiach ukłoniła się, po czym zniknęła za drzwiami. Zakładam wysokie obcasy, w podobnym kolorze do mojej sukni. Przyglądam się sobie dłuższą chwilę. Czy naprawdę jestem tak podobna do matki? Możliwe. Chociaż byłam już na tyle dojrzała, że pamiętam jej twarz nie potrafię sobie przypomnieć naszego ostatniego spotkania. Słyszę jak ciotka każe wszystkim pracownikom schodzić na dół i woła dzieci, w tym również i mnie. Wychodzę z pokoju, kierując się w stronę salonu. Zauważam, że drzwi, w których spotkałam Alberta i Arnolda są otwarte. Nie powinni tam wchodzić, zwłaszcza, że za chwilę zaczyna się przyjęcie. Idę szybkim krokiem w ich stronę, a one nagle się zatrzaskują. To nie jest zabawne. Podbiegam do nich i łapię za klamkę mocno nią szarpiąc.
-Chłopcy, wychodźcie! To nie czas na takie zabawy! – krzyczę wściekła. Zaraz jeszcze mi się oberwie za to, że ich nie przypilnowałam. Szarpię za drzwi i słyszę dziecinny śmiech za ścianą. Jeśli wydaje im się, że to dobry dowcip to grubo się mylą. Po chwili ktoś wbiega po schodach.
-Lucy chodź już! Mama się niecierpliwi! – patrzę na… Alberta? Jestem zdumiona. Nie wiem co się dzieję. Spoglądam raz na niego, a raz na drzwi. Puszczam klamkę, a on patrzy na mnie jak na jakąś wariatkę. Co mam powiedzieć? Co mam zrobić? Czy mi się to tylko wydawało czy tutaj dzieje się coś złego? Jeśli tak, to dlaczego akurat teraz?
-W porządku, już idę. – mówię spokojnym głosem, poprawiając włosy. Gdy kuzyn zbiegł na dół, łapię za klamkę, a drzwi same się otwierają. Rozglądam się dookoła. Nic tutaj nie ma. Chyba jestem zmęczona. Codzienna harówka daje o sobie znać. Zamykam drzwi i zbiegam jak najszybciej na dół. Wchodzę do salonu, a tam ciotka mnie karci za to, jaka jestem niepunktualna. Przewracam oczyma. Do pomieszczenia wchodzi wysoki, otyły, siwy mężczyzna. Gruba ryba w biznesie, a za nim szczuplutka kobitka w czerwonym długich włosach. Ludwik i Diana Cooper. Po chwili osoba, której najbardziej tutaj nie chcę. Stefan. Wysokie blondyn, krótkie włosy i brązowe oczy. Każda laska by na niego poleciała. Uhm, prawie każda, bo mnie jakoś nie kręci. Wręcz odwrotnie – obrzydza mnie.
-Pani domu jak zwykle wygląda wspaniale. – stwierdza pan prezydent i całuje Helenę po dłoniach. Spogląda najpierw na bliźniaków i komplementuje ich. Następnie jego wzrok skierowany jest na mnie. Czuję jak serce szybciej mi biję, martwię się, że zaraz usłyszę coś, czego bym nie chciała. Dużo rzeczy dzieje się w naszym mieście, a ja jako jedyna ze swojego rodu jestem znana jako wariatka. Po chwili kieruje słowa do mnie.
-Cóż to za piękna niewiasta? Luciano z dnia na dzień jesteś coraz bardziej urzekającą młodą kobietą, czyż nie Stefanie? – podaję mu dłoń, a on jak na dżentelmena przystało, całuje ją. Mam ochotę mocno się zamachnąć, jednak wiem jak mniej więcej potem sprawy by się potoczyły. Dlatego wolę udawać grzeczną i łagodną panienkę, aby moja ciotka nie miała żadnych kłopotów.
-Zaiste, ojcze. Zapomniałeś dodać jak łatwo zdobywa serca starszych od siebie mężczyzn. – spoglądam na Stefana. Jest ode mnie o rok starszy, więc pewnie ma na myśli siebie. Jednak przykro mi, nie podoba mi się w żadnym stopniu. Jego charakter jest okropny, a bijąca od niego pewność siebie przyprawia mnie o mdłości. Uśmiecham się krzywo do niego, po czym oznajmiam.
-Dziękuję za komplementy, jednak nie uważam, aby to była prawda. – nie mam zamiaru dać im się złapać w sieć. Bardzo dobrze wiem co oznacza udawanie najwspanialszej, bogatej panienki w rodzinie.
-Najszczersza. Udajmy się, więc na poczęstunek. Jak mniemam menu jest jak zwykle obfite w same rarytasy. – mówi Ludwik uśmiechając się do całej mojej rodziny. Widzę jednak, że stara się zamaskować prawdziwe uczucia. On czegoś chce. Bardzo dobrze o tym wiem, próbuje ponownie zgarnąć majątek mojego ojca, a moja zadziorna ciotka jak zwykle mu na to nie pozwoli. Ruszam razem z pozostałymi do jadalni, dogania mnie na moje nieszczęście Stefan.
-Jak spędzasz wakacje, Lucy? Mam nadzieję, że doskonale. – jego szarmancki uśmiech w ogóle na mnie nie działa. Widzę w nim jedynie narcyza, egoistę i totalnego prostaka. Nic a nic nie sprawi, abym zmieniła o nim zdanie. Pragnę, aby to przyjęcie już się skończyło.
-Tak jak każdy dzień w roku, Stefanie. – stwierdzam ze sztucznym uśmiechem i przyśpieszam kroku. Jest ostatnią osobą, z którą chciałabym rozmawiać.
-To może wpadłabyś czasami do naszej posiadłości? Wiesz, nie ma nic lepszego niż spędzenie wakacji z chłopakiem. – mówi, a ja patrzę na niego jak na kretyna. Z chłopakiem? Nie mam żadnego, a on jest ostatni… nie, go nawet na tej liście nie ma.
-Podziękuję. – oznajmiam. Wkraczamy do jadalni. Siadam naprzeciwko Alberta, a obok mnie siada Stefan. Dlaczego on musi być tam, gdzie go nie chcę? Rozglądam się dookoła. Wszyscy udają takich zadowolonych i pewnych siebie. Największe kłamstwa, jakie ludzkość mogła wymyślić w tym oto pomieszczeniu posypią się w niecałe piętnaście minut. Każde, co do joty. Zaczyna się temat biznesu, szkoły, a nawet i wojska, do którego pan Ludwik kiedyś uczęszczał. Patrzę na zegarek. Dziewiętnasta. Pragnę się stąd wyrwać. Co jakiś czas niektórzy dokładają sobie cielęciny bądź galaretki, ja natomiast najadłam się samą zupą buraczkową i kefirem. Czuję jak dłoń Stefana spoczywa nagle na mojej nodze. Patrzę na niego gwałtownie i odsuwam się bardziej w stronę Antoniny, która siedzi obok mnie. Chociaż jest pokojówką, Helena zezwala jej siedzieć z nami przy takich uroczystościach. Mamy innych służących. Stefan najwidoczniej nie daje za wygraną, bo przysuwa się bliżej mnie i ponawia to co zaczął.
-Luciano, powiedz mi proszę masz już wybrany kierunek studiów? – skierowała do mnie nagle pani Diana. Przyglądam się jej przez dłuższy czas i odsuwam dłonią, rękę Stefana. Uśmiecham się delikatnie i oznajmiam.
-Chciałabym pójść na medycynę. Myślę, że każda pomocna dłoń przyda się w tym zawodzie. – specjalnie podkreśliłam słowo „dłoń”. Mam nadzieję, że ten oto denerwujący człowiek zauważy jak bardzo mnie irytuje. Jednak ten jak gdyby nigdy nic złapał mnie za rękę i spojrzał na swoją matkę.
-Doskonale! Lekarzy im więcej tym lepiej, prawda Ludwiku?  – ich syn chce iść na prawo, bynajmniej z tego co słyszałam. Nic dziwnego. Mają tyle pieniędzy, że kto im zabroni? W porównaniu do nich, my leżymy chociaż i nam połowa mieszkańców zazdrości majątku. Słucham długiego dialogu pana Ludwika, wyrywam się Stefanowi przez dobre dziesięć minut. Jego brudna łapa znowu dotyka mojej nogi, a ja wstaję z krzesła. Jestem podenerwowana.
-Niech państwo mi wybaczą, skieruję się do pokoju. Jestem zmęczona. – oznajmiam, a następnie szybkim krokiem wychodzę z jadalni. Mam dość Stefana i całej jego rodziny. Dobrze wiem, że ciotka i tak nie odda im naszego rybackiego biznesu oraz podziękuje im za przybycie i zaprosi na następny miesiąc. Natomiast ja dostanę niezłą karę za to, co przed chwilą odstawiłam. Nie dawałam jednak już rady. Idąc po schodach ściągam obcasy i wskakuję na drugie piętro. Pokój dziecięcy jest otwarty. Czy Antonina zapomniała zamknąć ten pokój, gdy sprzątała? Nikt tam już dawno nie wchodził. Idę powoli do pomieszczenia. Słyszę stukanie… O co chodzi? Podchodzę bliżej i zauważam otwarte okno. –Kiepskie żarty. – mamroczę pod nosem, a następnie podchodzę szybko do okna i zamykam je. Ktoś nagle łapie mnie za biodra i przyciąga do siebie, wsuwając swoje łapy pod moją sukienkę.
-Mogłaś powiedzieć, że chcesz pobyć ze mną sama, nie oszukując tym iż jesteś zmęczona. – skoro już jesteśmy tutaj sami, to nikt nie skarci mnie za to, że mu przywalę. Odwracam się nagle i odpycham Stefana od siebie. Tak okropnego człowieka jak on to jeszcze nigdy w życiu nie poznałam. Idę w stronę drzwi wściekła, wrzeszcząc na niego po drodze.
-Mimo, że jesteś bogatszy nic nie uprawnia Cię do tego, aby molestować niewinne kobiety. – to w sumie prawda. Nie raz już słyszałam od innych dziewczyn jak bardzo podobam się Stefanowi, często widzę jak na mnie zerka w szkole. Jaki jest tego wszystkiego powód? Jestem jedyną kobietą, której nie może posiąść, dlatego tak mu się podobam. Gdybym biegła mu do łóżka jak inne dziewczyny pewnie nie zwróciłby na mnie uwagi. Chociaż tak byłoby łatwiej, przykro mi – nie zniżę się do takiego poziomu. Stefan taranuje mi drogę swoim ciałem.
-Jakie niewinne? Mimo, że już za rok będziesz pełnoletnia nie obowiązuję Cię do tego, aby mówić jaka to niewinna jesteś. To same kłamstwa. – mówi, uśmiechając się do mnie szeroko i zamykając drzwi na klucz. Chowa go w kieszeni spodni, a następnie siada na łóżku, ciągnąc mnie za rękę. Jeśli miałabym posiadać jakąś moc chciałabym umieć strzelać piorunami. Mogłabym go wtedy spalić na własnych oczach, a to byłoby jak miód na zranione serce. Idealnie wręcz. Siadam obok i zabieram dłoń.
-Ciekawi mnie, kiedy zrozumiesz, że nie masz u mnie najmniejszych szans. Mógłbyś dać już spokój, bo denerwujesz mnie takimi gadkami. – spoglądam na jego spodnie. Jeśli on myśli, że będę się starała wyciągnąć ten kluczyk to się grubo myli! Wytykam mu język i odsuwam się bardziej. Mam ochotę bardzo mocno mu przywalić.
-Nie oszukuj się, chcesz tego tak mocno jak ja. – stwierdza i przysuwa się do mnie. Odpycham go i wstaję, kierując się do drzwi. Łapię za klamkę. Nie miałam nadziei, że się otworzą, jednak zawsze warto spróbować. Opieram się o nie plecami i mówię rozbawionym tonem.


-Wiesz czego ja chcę? Zwymiotować na Ciebie. – prawda! To byłby piękny widok. Stefan wstaje i podchodzi do mnie, opierając się całym swoim ciężarem ciała o moje. Chcę go odepchnąć, jednak nie mogę, bo trzyma mnie za obie dłonie. Denerwuje mnie fakt, że jest ode mnie silniejszy. Zaczyna mnie całować i dotykać. Teraz mam ochotę go wręcz zabić! Już chciałam się na niego wydrzeć, kiedy jego usta dotknęły moich. Jego noga znajduję się między moimi udami, dociskając ją co jakiś czas do drzwi. Kopnęłam delikatnie nogą drzwi w nadziei, że ktoś może tamtędy przechodzić i uratuje mnie od tego obleśnego ignoranta. Czuję ucisk w gardle. Zaczyna robić mi się ciemno przed oczami i mam ochotę się rozpłakać. Słyszę delikatne dotknięcie klamki, aż nagle drzwi się otwierają, a ja upadam na podłogę. Na moje nieszczęście Stefan na mnie. Rozglądam się dookoła. Widzę biegnącą dziewczynkę, która skręca w stronę schodów, prowadzących na poddasze. Spycham z siebie Stefana i biegnę w jej kierunku. –Zaczekaj! – wołam podenerwowana. Nie wiem kim jest i co robi w moim domu, ale uratowała mnie od najgorszego koszmaru, który mógł się zdarzyć lada moment. Skręcam w ciemny korytarz, wbiegam po schodach i słyszę cichutki, dziewczęcy szloch. Otwieram klapę w suficie od poddasza i wchodzę do niego. Pełno tu pajęczyn i kurzu. Patrzę dookoła. Nikogo tutaj nie ma. –Przepraszam, słyszysz mnie? Halo? – nikt nie odpowiada. Nie rozumiem co tutaj się dzieje. Wchodzę w głąb, podnoszę prześcieradła, które owijają poszczególne stare meble. Połowa rzeczy trafia tutaj z salonu. Helenie rzadko coś przypada do gustu, a ma głupi nawyk kupowania i wywalania niepotrzebnych rzeczy. Jednakże zamiast je oddać ubogim woli je walnąć na strych. Podchodzę do małych schodów. Patrzę jeszcze raz za siebie. Odwracam się przodem do schodów i idę na dół. Nagle czuję mocne pchnięcie i cichy głosik mówiący „Wpuść nas…” Spadam na podłogę. Strasznie boli mnie kostka. Co to miało być? Patrzę za siebie. Ponownie nikogo nie widzę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz