Prolog
27 sierpnia, 1856 rok.
Zapach drewna i siarki objął całą
wioskę. Na ulicach nie było ani jednej żywej duszy, wszyscy schronili się w
swoich domkach. Z nieba spadały maleńkie kropelki letniego deszczu, mrok
pochłonął wszystko, a sowy nawet nie pohukiwały. Jak na małą wioskę znajdującą
się w Denver mieszkańcy byli niesamowicie odważni, choć dobrze wiedzieli jakie
ryzyko stanowi wyjście z domu w środku nocy. Otchłań ciemności wyłoniła pewną
wysoką, masywną postać idącą w stronę młynku, po wzroście można było określić,
że jest to mężczyzna, o wiele starszy niż inni mieszkańcy wioski. Poruszał się
bardzo wolno, a jego ruchy były płynne i dobrze zaplanował każdy następny krok.
Na nieszczęście pewnego młodego człowieka, który najprawdopodobniej został w
młynku na zmianie, przerażająca postać zauważyła go. Jednak nie wyglądał na
zdziwionego. Mężczyzna grzebiąc coś w pewnym pudle, odruchowo się odwrócił i
zobaczył delikwenta stojącego nad nim, trzymał coś w dłoni. Śmiertelnik zaczął
wrzeszczeć, a ten złapał go za marynarkę i podciągnął do góry bez żadnego
problemu. Czuć było od niego niesamowitą moc, która wywoływała panikę wśród
mieszkańców różnych wsi. Mężczyzna rzucił młodego na podłogę, po czym złapał go
za włosy i zaczął ciągnąć w głąb lasu. Chłop krzyczał, ale nikt z mieszkańców
nie wyszedł nawet na balkon zobaczyć co się dzieje, wszyscy byli przerażeni,
nikt nie śmiał nawet przeszkodzić choćby na chwilę. Obydwóch mężczyzn było
widać jedynie przez cień. Mężczyzna, który wcześniej wyłonił się z ciemności
zaczął znęcać się nad swoim towarzyszem. Z mroku słychać było błaganie, oraz
przeprosiny, nie wliczając przekleństw Jegomości. Wyższy mężczyzna wyciągnął
lewą rękę, obrócił się lekko w lewą stronę, z pochwy wyjął długi, srebrny
miecz. Chłopak próbował uciec, ale tamten złapał go za nogę i przyciągnął do
siebie. Z lasu gdzie znajdywali się mężczyźni wydobył się ciężki, potężny oraz
donośny głos, mówiący "Nie rozumiem
dlaczego zachowujesz się w taki sposób. Mogłeś mieć wszystko. Mogłem Ci dać
całą moją moc, abyś tylko zrozumiał grzechy ludzkości, jednakże nie. Musisz
trzymać na swoim, trzymać się tych paskudnych stworzeń. Vale, Raymond." W tym momencie Jegomość wbił długi miecz w
klatkę piersiową swojego rozmówcy, aby następnie zniknąć w ciemnościach.
Rozdział
pierwszy
20 lipca, 1997 rok.
Już
od dziecka wiedziałam, że jestem inna. Dzieci wyzywały mnie od dziwolągów,
szajbusów i życzyły śmierci. Nie raz tego pragnęłam, uwierzcie mi na słowo. W
świecie, w którym żyję nie ma czasu na zastanowienia, wszyscy myślą tylko o
sobie i aby znaleźć choć jedną dobrą duszyczkę, z którą będziemy mogli
porozmawiać jest wyczynem. Jednak czego tak naprawdę pragniemy? Czy w głębi
serca rzeczywiście chcemy, aby ten świat stał się lepszy? Abyśmy my, jako
istoty śmiertelne dawali z siebie wystarczająco dużo, gdy nasi rówieśnicy za
oknem walczą o przetrwanie? Szkoda mi nawet czasu, aby się nad tym zastanawiać.
Straciłam w życiu już tyle bliskich mi osób, że wszystko jest mi już obojętne.
Pragnę wolności! Chcę oddychać pełną piersią i nie przejmować się zasadami! Tak
bardzo pragnę… Tak bardzo chcę… Czy to aż tak wiele?
-Luciano! Chodź tu natychmiast! – słyszę najbardziej piskliwy głos, z którym
moje uszy kiedykolwiek miały do czynienia. Zeskakuję z wysokiego łóżka w
staroświeckim stylu, kieruję się do drzwi i uchylam je lekko. Przede mną
przebiega czarny kot o imieniu Severus. Tak prezentuje się moje życie na co
dzień. Wykorzystują mnie tutaj jako sprzątaczkę i nianię. Nie interesuje ich
to, że jestem jedynym spadkobiercą mojego rodu, rodziny Montgomery. Gdy miałam
dziesięć lat moi rodzicie zginęli w tragicznym wypadku, a ja zostałam oddana
pod opiekę mojej gderliwej ciotce Helenie. Jest żoną mojego wujka od strony
matki. Ma ona dwóch bardzo energicznych synów: Alberta i Arnolda. Do dziś
zastanawiam się, dlaczego moja rodzina nadaje takie staroświeckie imiona.
Schodzę na dół po drewnianych, skrzypiących schodach i wchodzę do ogromnej
jadalni. Spoglądam na moją ciotkę, a następnie na gosposię, która bacznie mi
się przygląda. Nasza pokojówka jest jedyną w porządku osobą w tym domu, zawsze
można z nią porozmawiać i nigdy nikogo nie wyśmieje. Tym bardziej mnie, którą
nawet ciotka wyzywa od szajbusów i psycholi.
-Antonino, możesz odejść. – mój wzrok od razu skupił się na Helenie,
która gestem dłoni pokazała gosposi, aby opuściła pomieszczenie. Antonina
Johnson, córka niegdyś wielkiego biznesmena, Josepha Johnsona, który razem ze
swoją żoną Matyldą zginęli podczas wyprawy do Europy. W taki sposób ich
dwudziestoletnia córka trafiła do nas, aby mieć gdzie mieszkać i z czego się
utrzymać. Antonina jest bardzo ładna, według mnie dobrze poradziłaby sobie w
innej pracy – na przykład jako modelka. Jest wysoka, ma jasną karnację i jej
brązowe proste włosy wspaniale wyglądają przy kombinacji zielonych oczu.
Dlaczego więc pracuje tutaj i pozwala się traktować jak śmiecia? Jest to jej
odwieczna tajemnica.
-Kiedy Cię wołam masz przychodzić od razu.
Dlaczego kazałaś mi tyle czekać?
- skupiłam się na tym, co mówiła do mnie Helena. Momentami odnoszę wrażenie iż
wydaje się jej, że pieniądze, które nawet nie należą do niej strzeliły jej do
głowy i jest bardziej rąbnięta ode mnie.
-Wybacz, ciociu. To się więcej nie powtórzy. – mamy dwudziesty wiek, a ja muszę mówić jak
jakaś panienka z lat czterdziestych osiemnastego wieku. Moja rodzina bardzo
stawiała uwagę na dostojność i elegancję, ale do takiego stopnia? Jest to już
zabawne.
-Mam taką nadzieję. Słuchaj mnie panienko,
dzisiaj o osiemnastej ma się zjawić tutaj sam pan prezydent ze swoją rodziną.
Myślę, że wspaniale ich przywitasz i pokażesz jak wspaniały jest ród rodziny
Montgomery. – tak, nasz wspaniały
prezydent Ludwik i jego wścibska żona Diana. Nie licząc jeszcze tego narcyza
Stefana, ich syna. Mimo iż już dawno minęły staroświeckie dzieje moje miasto
jest pochłonięte kulturą. Dlaczego? Ponieważ mamy mroczne czasy i tak nam
nakazano, nieposłuszeństwo oznacza śmierć, a kto chciałby zginąć w tak żałosny
sposób jakim jest nie usłuchanie się paru głupim zasadom na temat elegancji i
manier? Jedynie głupcy, którzy uważają, że są odważni, a tak naprawdę pokazują
jak nasza rasa się stoczyła i które miejsce zajmujemy w hierarchii w tym
tysiącleciu.
-Rozumiem więc, że odbędzie się uroczysta
kolacja na ich cześć? I rozumiem iż to ja mam ich powitać na naszym dworze? – pytam delikatnie się krzywiąc. Stefan chodzi
ze mną do szkoły, nie za bardzo cieszę się z tego powodu, gdyż nasze klasy są
naprzeciwko siebie. Jest bardzo lubianym uczniem, zastanawia mnie tylko to czy
to dlatego iż ludzie uważają, że naprawdę jest taki niesamowity czy chodzi
tylko o kasę.
-Ależ oczywiście! Wyobrażasz sobie inny obrót
zdarzeń? Jasne, że odbędzie się uroczysta kolacja. Widzisz ile pracy włożyłam,
aby nasza posiadłość wyglądała tak wspaniale? To tylko dzięki mnie i majątku,
który nasza rodzina bogaciła przez wieki, droga panno. Na dworze powita ich
Antonina, ona bardziej się do tego nadaje. Teraz zmykaj mi z oczu! W garderobie
Twojej matki zostawiłam Ci suknie balową, oby była dobra. Poproś Antoninę, by
pomogła Ci ją założyć. – przytakuję, a następnie
wychodzę z jadalni. Chcę uciec i schować się gdzieś w kącie. Nie czuję się
dobrze w takich zabawach, a tym bardziej mdli mnie na samą myśli, że będę
musiała spędzić wieczór ze Stefanem. Wydaje mu się, że za pieniądze swojego
ojca może wszystko. Jednak to nie tak wygląda w dzisiejszych czasach. Dzisiaj
nikt się nie liczy z tutejszymi władzami, a tym bardziej my. Ciekawi mnie
tylko, kiedy w końcu ludzie to zauważą. Przechodzę z głównego korytarza pełnego
portretów rodziny Montgomery i wchodzę po schodach na górę. Słyszę ciche
śmiechy dobiegające z wnętrza pokoju gościnnego. Jestem osobą opanowaną, może
nie bije ode mnie pewność siebie, jednak trudno mnie wystraszyć. Idę powolnym
krokiem w stronę drzwi, śmiechy stają się coraz głośniejsze, gdyby ktoś
wiedział, że tutaj idę i jakby chciał mnie bardziej wystraszyć. Jednakże to
niemożliwe. Mimo iż nasza posiadłość jest ogromna nie jest możliwe, aby
ktokolwiek tutaj wszedł. Większość pomieszczeń została zamknięta, chcemy
oszczędzić na wydatkach. Przełykam głośno ślinę i uchylam drewniane, wielkie
drzwi. Hałasy ucichły. Wychylam się delikatnie i spoglądam dookoła. Nikogo tutaj
nie ma. Stawiam lewą nogę na przód i wkraczam do ciemnego pokoju, pełnego świec
i ozdób. Kominek okryty jest prześcieradłem, aby Antonina nie musiała
codziennie wycierać go od kurzu. Wchodzę w głąb. Nic poza moim oddechem tutaj
nie słyszę, żałuję iż jest tak ciemno. Okna są zasłonięte, a ta cisza zaczyna
mnie powoli niepokoić. Po chwili słyszę szelest. Tuż za moimi plecami. Odwracam
się gwałtownie i rozglądam. Najprawdopodobniej to wszystko mi się tylko
wydawało. Ruszam w stronę drzwi pewnym krokiem, gdy przede mną wyskakują
dzieci. Arnold i Albert.
-Cholera! Wiecie jak mnie wystraszyliście?! – krzyczę cała przerażona. Przez chwilę
wydawało mi się, że nie mogę złapać oddechu. Głupie dzieciaki, nie mają co
robić tylko zakradać się do zamkniętych pomieszczeń i robić sobie z biednej
kuzynki żary.
-Hahah żałuj, że nie widziałaś swojej miny!
Była naprawdę piękna! – patrzę na Alberta i
wyciągam do niego dłonie w żartobliwym geście „uduszenia”. Chłopcy są
bliźniakami, oboje mają niecały metr pięćdziesiąt, krótkiej długości ciemne
włosy oraz piwne oczy. Jedyne co ich różni jest to, że Arnold ma pieprzyk pod
prawym okiem.
-Ty mały! Powinniście skakać z radości, że nie
zaczęłam krzyczeć głośniej. Gdyby wasza matka się dowiedziała, że zakradacie
się do zamkniętych pomieszczeń nie byłoby już tak zabawnie wiecie. Jednakże
lubię was i nie mam zamiaru na was donosić, ale uważajcie, bo następnym razem
możecie przestraszyć ją albo Antoninę. – mówię całkowicie poważnie i uśmiecham się do
nich życzliwie. To są naprawdę fajne chłopaki, aż się dziwię iż to właśnie
synowie Heleny. Są od niej zupełnie inni. Zabawni i pełni życia, nie biorą tego
wszystkiego tak na poważnie jak ona i chcą się świetnie bawić, brać życie
najlepsze jakim jest. Bliźniaki spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, po czym
Arnold mówi.
-Wybacz, Lucy, ale my nie wchodzimy do
zamkniętych pomieszczeń. Widziałem jak wchodzisz tutaj, więc razem z
Albercikiem pomyśleliśmy, że Cię przestraszymy. Nie mów nic mamie! My naprawdę
nie wchodzimy do takich miejsc! –
usłyszawszy to spoglądam na nich w osłupieniu. Na początku wydaję mi się, że
żartują sobie ze mnie. Jednak… ich wzrok mówi sam za siebie. Znam tych chłopców
od urodzenia i doskonale wiem, kiedy kłamią. Przybieram kamienny wyraz twarzy i
uśmiecham się promiennie. Głaszczę ich po głowię i odpowiadam.
-No dobrze. Zapomnijmy o tym, a teraz lećcie do
pokoju. Za godzinę mają się tu zjawić grube ryby, których tak bardzo nie
lubimy. – chłopcy przybili mi
piątkę, a następnie pobiegli do swojego pokoju. Spoglądam za siebie na
sypialnię dla gości, a następnie łapię za klamkę i powoli zamykam drzwi. Czy to
możliwe, że ktoś tutaj był? A może chłopcy są na tyle cwani, że nauczyli się
mnie oszukiwać? Nie chcę teraz o tym myśleć. Mam godzinę na przygotowanie się
do tej głupiej kolacji. Skręcam w lewo, po czym wchodzę do pokoju na samym
końcu korytarza. Drzwi po prawej stronie. Oto mój pokój. Ogromny, wykonany z
ciemnego drewna w barokowym stylu. Niegdyś służył jako sypialnia moich
rodziców, jednak po ich śmierci został oddany mi pod opiekę. Z mojego pokoju da
radę przejść do garderoby mojej matki i osobistej łazienki. Podchodzę do szafy,
wyciągam z niej dwa duże ręczniki, po czym kieruję się do złotej łazienki.
Puszczam szumiącą wodę w przeogromnej wannie i podchodzę do lustra. Przeglądam
się w nim, a następnie wzdycham na samą myśl o dzisiejszej nocy. Chcę to po
prostu mieć już za sobą. Ściągam ubranie, wchodzę do wanny i zamykam kran. W
takich chwilach czuję, że żyję. To niesamowite uczucie jak bardzo ciepła woda
może zrelaksować człowieka. Relaks. Znaczenie tego słowa w dzisiejszych czasach
prawie w ogóle nie ma znaczenia. Słyszę jak ktoś puka do drzwi. Chodzi po moim
pokoju i kaszle co jakiś czas. To pewnie Antonina.
-Panienko! Już czas, abyśmy panienkę
przyszykowały na dzisiejszy wieczór. – jedyny damski głos w tym domu, dzięki któremu
na duszy od razu robi się cieplej. Myję szybko włosy, a następnie wychodzę z
wanny. Spuszczam wodę i podchodzę do lustra. Większość osób wspomina, że bardzo
przypominam swoją matkę. Długie, faliste blond włosy momentami popadające w
jasny brąz, zielone oczy otulone ramką długich rzęs, urzekające usta i
niespotykany wzrost jak na dziewczynę w moim wieku. Nie zaliczam się do osób
niskich bądź wysokich, mam zaledwie metr sześćdziesiąt pięć przy wadze
pięćdziesięciu dwóch kilogramów.
Dlaczego niespotykany? Ponieważ wokół dziewczyn z mojej szkoły jestem
piątą z dziesięciu, które mają powyżej metru sześćdziesięciu. Moja cera jest
jasna, bez żadnej skazy, a dłonie oraz paznokcie zadbane. Nieraz spotkałam się
z określeniem „bogata paniusia”, jednak nie uważam się za taką. Nie szastam
pieniędzmi, dla mnie w tym świecie są one zbędne. Ubieram czystą bieliznę,
szybko suszę włosy, myję zęby, po czym wychodzę z łazienki do sypialni. Przede
mną stoi Antonina z długą, kremową suknią z moimi wyhaftowanymi inicjałami L.C.G.M, czyli Luciana Chloe Grace
Montgomery. Podchodzę do niej, a ona pomaga mi założyć gorset. Czuję, że brakuję
mi powietrza. Nienawidzę tego typu przyjęć, ponieważ zawsze każą zakładać mi to
diabelstwo na siebie. Wciągam sukienkę, podchodzę do lustra i maluję usta
różową szminką. Poprawiam włosy, aby mój przedziałek znajdował się na środku, a
następnie wzdycham. Mam już dość, a nawet się nie zaczęło.
-Wygląda panienka jak laleczka. – powiedziała z uśmiechem na twarzy, a
następnie skierowała się do wyjścia zabierając z mojej łazienki ręczniki i
brudne rzeczy. Stojąc przy drzwiach ukłoniła się, po czym zniknęła za drzwiami.
Zakładam wysokie obcasy, w podobnym kolorze do mojej sukni. Przyglądam się
sobie dłuższą chwilę. Czy naprawdę jestem tak podobna do matki? Możliwe.
Chociaż byłam już na tyle dojrzała, że pamiętam jej twarz nie potrafię sobie
przypomnieć naszego ostatniego spotkania. Słyszę jak ciotka każe wszystkim
pracownikom schodzić na dół i woła dzieci, w tym również i mnie. Wychodzę z
pokoju, kierując się w stronę salonu. Zauważam, że drzwi, w których spotkałam
Alberta i Arnolda są otwarte. Nie powinni tam wchodzić, zwłaszcza, że za chwilę
zaczyna się przyjęcie. Idę szybkim krokiem w ich stronę, a one nagle się
zatrzaskują. To nie jest zabawne. Podbiegam do nich i łapię za klamkę mocno nią
szarpiąc.
-Chłopcy, wychodźcie! To nie czas na takie
zabawy! – krzyczę wściekła. Zaraz
jeszcze mi się oberwie za to, że ich nie przypilnowałam. Szarpię za drzwi i
słyszę dziecinny śmiech za ścianą. Jeśli wydaje im się, że to dobry dowcip to
grubo się mylą. Po chwili ktoś wbiega po schodach.
-Lucy chodź już! Mama się niecierpliwi! – patrzę na… Alberta? Jestem zdumiona. Nie wiem
co się dzieję. Spoglądam raz na niego, a raz na drzwi. Puszczam klamkę, a on
patrzy na mnie jak na jakąś wariatkę. Co mam powiedzieć? Co mam zrobić? Czy mi
się to tylko wydawało czy tutaj dzieje się coś złego? Jeśli tak, to dlaczego
akurat teraz?
-W porządku, już idę. – mówię spokojnym głosem, poprawiając włosy.
Gdy kuzyn zbiegł na dół, łapię za klamkę, a drzwi same się otwierają. Rozglądam
się dookoła. Nic tutaj nie ma. Chyba jestem zmęczona. Codzienna harówka daje o
sobie znać. Zamykam drzwi i zbiegam jak najszybciej na dół. Wchodzę do salonu,
a tam ciotka mnie karci za to, jaka jestem niepunktualna. Przewracam oczyma. Do
pomieszczenia wchodzi wysoki, otyły, siwy mężczyzna. Gruba ryba w biznesie, a
za nim szczuplutka kobitka w czerwonym długich włosach. Ludwik i Diana Cooper.
Po chwili osoba, której najbardziej tutaj nie chcę. Stefan. Wysokie blondyn,
krótkie włosy i brązowe oczy. Każda laska by na niego poleciała. Uhm, prawie
każda, bo mnie jakoś nie kręci. Wręcz odwrotnie – obrzydza mnie.
-Pani domu jak zwykle wygląda wspaniale. – stwierdza pan prezydent i całuje Helenę po
dłoniach. Spogląda najpierw na bliźniaków i komplementuje ich. Następnie jego
wzrok skierowany jest na mnie. Czuję jak serce szybciej mi biję, martwię się,
że zaraz usłyszę coś, czego bym nie chciała. Dużo rzeczy dzieje się w naszym
mieście, a ja jako jedyna ze swojego rodu jestem znana jako wariatka. Po chwili
kieruje słowa do mnie.
-Cóż to za piękna niewiasta? Luciano z dnia na
dzień jesteś coraz bardziej urzekającą młodą kobietą, czyż nie Stefanie? – podaję mu dłoń, a on jak na dżentelmena
przystało, całuje ją. Mam ochotę mocno się zamachnąć, jednak wiem jak mniej
więcej potem sprawy by się potoczyły. Dlatego wolę udawać grzeczną i łagodną
panienkę, aby moja ciotka nie miała żadnych kłopotów.
-Zaiste, ojcze. Zapomniałeś dodać jak łatwo
zdobywa serca starszych od siebie mężczyzn. – spoglądam na Stefana. Jest ode mnie o rok
starszy, więc pewnie ma na myśli siebie. Jednak przykro mi, nie podoba mi się w
żadnym stopniu. Jego charakter jest okropny, a bijąca od niego pewność siebie
przyprawia mnie o mdłości. Uśmiecham się krzywo do niego, po czym oznajmiam.
-Dziękuję za komplementy, jednak nie uważam,
aby to była prawda. – nie mam zamiaru dać im się
złapać w sieć. Bardzo dobrze wiem co oznacza udawanie najwspanialszej, bogatej
panienki w rodzinie.
-Najszczersza. Udajmy się, więc na poczęstunek.
Jak mniemam menu jest jak zwykle obfite w same rarytasy. – mówi Ludwik uśmiechając się do całej mojej
rodziny. Widzę jednak, że stara się zamaskować prawdziwe uczucia. On czegoś
chce. Bardzo dobrze o tym wiem, próbuje ponownie zgarnąć majątek mojego ojca, a
moja zadziorna ciotka jak zwykle mu na to nie pozwoli. Ruszam razem z
pozostałymi do jadalni, dogania mnie na moje nieszczęście Stefan.
-Jak spędzasz wakacje, Lucy? Mam nadzieję, że
doskonale. – jego szarmancki uśmiech w
ogóle na mnie nie działa. Widzę w nim jedynie narcyza, egoistę i totalnego
prostaka. Nic a nic nie sprawi, abym zmieniła o nim zdanie. Pragnę, aby to
przyjęcie już się skończyło.
-Tak jak każdy dzień w roku, Stefanie. – stwierdzam ze sztucznym uśmiechem i
przyśpieszam kroku. Jest ostatnią osobą, z którą chciałabym rozmawiać.
-To może wpadłabyś czasami do naszej
posiadłości? Wiesz, nie ma nic lepszego niż spędzenie wakacji z chłopakiem. – mówi, a ja patrzę na niego jak na kretyna. Z
chłopakiem? Nie mam żadnego, a on jest ostatni… nie, go nawet na tej liście nie
ma.
-Podziękuję. – oznajmiam. Wkraczamy do jadalni. Siadam
naprzeciwko Alberta, a obok mnie siada Stefan. Dlaczego on musi być tam, gdzie
go nie chcę? Rozglądam się dookoła. Wszyscy udają takich zadowolonych i pewnych
siebie. Największe kłamstwa, jakie ludzkość mogła wymyślić w tym oto
pomieszczeniu posypią się w niecałe piętnaście minut. Każde, co do joty.
Zaczyna się temat biznesu, szkoły, a nawet i wojska, do którego pan Ludwik
kiedyś uczęszczał. Patrzę na zegarek. Dziewiętnasta. Pragnę się stąd wyrwać. Co
jakiś czas niektórzy dokładają sobie cielęciny bądź galaretki, ja natomiast
najadłam się samą zupą buraczkową i kefirem. Czuję jak dłoń Stefana spoczywa
nagle na mojej nodze. Patrzę na niego gwałtownie i odsuwam się bardziej w
stronę Antoniny, która siedzi obok mnie. Chociaż jest pokojówką, Helena zezwala
jej siedzieć z nami przy takich uroczystościach. Mamy innych służących. Stefan
najwidoczniej nie daje za wygraną, bo przysuwa się bliżej mnie i ponawia to co
zaczął.
-Luciano, powiedz mi proszę masz już wybrany
kierunek studiów? – skierowała do mnie nagle
pani Diana. Przyglądam się jej przez dłuższy czas i odsuwam dłonią, rękę
Stefana. Uśmiecham się delikatnie i oznajmiam.
-Chciałabym pójść na medycynę. Myślę, że każda
pomocna dłoń przyda się w tym zawodzie. – specjalnie podkreśliłam słowo „dłoń”. Mam
nadzieję, że ten oto denerwujący człowiek zauważy jak bardzo mnie irytuje.
Jednak ten jak gdyby nigdy nic złapał mnie za rękę i spojrzał na swoją matkę.
-Doskonale! Lekarzy im więcej tym lepiej,
prawda Ludwiku? – ich syn chce iść na prawo, bynajmniej z tego
co słyszałam. Nic dziwnego. Mają tyle pieniędzy, że kto im zabroni? W
porównaniu do nich, my leżymy chociaż i nam połowa mieszkańców zazdrości
majątku. Słucham długiego dialogu pana Ludwika, wyrywam się Stefanowi przez
dobre dziesięć minut. Jego brudna łapa znowu dotyka mojej nogi, a ja wstaję z
krzesła. Jestem podenerwowana.
-Niech państwo mi wybaczą, skieruję się do
pokoju. Jestem zmęczona. – oznajmiam, a następnie
szybkim krokiem wychodzę z jadalni. Mam dość Stefana i całej jego rodziny.
Dobrze wiem, że ciotka i tak nie odda im naszego rybackiego biznesu oraz
podziękuje im za przybycie i zaprosi na następny miesiąc. Natomiast ja dostanę
niezłą karę za to, co przed chwilą odstawiłam. Nie dawałam jednak już rady.
Idąc po schodach ściągam obcasy i wskakuję na drugie piętro. Pokój dziecięcy
jest otwarty. Czy Antonina zapomniała zamknąć ten pokój, gdy sprzątała? Nikt
tam już dawno nie wchodził. Idę powoli do pomieszczenia. Słyszę stukanie… O co
chodzi? Podchodzę bliżej i zauważam otwarte okno. –Kiepskie żarty. – mamroczę pod nosem, a następnie podchodzę szybko
do okna i zamykam je. Ktoś nagle łapie mnie za biodra i przyciąga do siebie,
wsuwając swoje łapy pod moją sukienkę.
-Mogłaś powiedzieć, że chcesz pobyć ze mną
sama, nie oszukując tym iż jesteś zmęczona. – skoro już jesteśmy tutaj sami, to nikt nie
skarci mnie za to, że mu przywalę. Odwracam się nagle i odpycham Stefana od
siebie. Tak okropnego człowieka jak on to jeszcze nigdy w życiu nie poznałam.
Idę w stronę drzwi wściekła, wrzeszcząc na niego po drodze.
-Mimo, że jesteś bogatszy nic nie uprawnia Cię
do tego, aby molestować niewinne kobiety. – to w sumie prawda. Nie raz już słyszałam od
innych dziewczyn jak bardzo podobam się Stefanowi, często widzę jak na mnie
zerka w szkole. Jaki jest tego wszystkiego powód? Jestem jedyną kobietą, której
nie może posiąść, dlatego tak mu się podobam. Gdybym biegła mu do łóżka jak
inne dziewczyny pewnie nie zwróciłby na mnie uwagi. Chociaż tak byłoby łatwiej,
przykro mi – nie zniżę się do takiego poziomu. Stefan taranuje mi drogę swoim
ciałem.
-Jakie niewinne? Mimo, że już za rok będziesz
pełnoletnia nie obowiązuję Cię do tego, aby mówić jaka to niewinna jesteś. To
same kłamstwa. – mówi, uśmiechając się do
mnie szeroko i zamykając drzwi na klucz. Chowa go w kieszeni spodni, a
następnie siada na łóżku, ciągnąc mnie za rękę. Jeśli miałabym posiadać jakąś
moc chciałabym umieć strzelać piorunami. Mogłabym go wtedy spalić na własnych
oczach, a to byłoby jak miód na zranione serce. Idealnie wręcz. Siadam obok i
zabieram dłoń.
-Ciekawi mnie, kiedy zrozumiesz, że nie masz u
mnie najmniejszych szans. Mógłbyś dać już spokój, bo denerwujesz mnie takimi
gadkami. – spoglądam na jego spodnie.
Jeśli on myśli, że będę się starała wyciągnąć ten kluczyk to się grubo myli!
Wytykam mu język i odsuwam się bardziej. Mam ochotę bardzo mocno mu przywalić.
-Nie oszukuj się, chcesz tego tak mocno jak ja. – stwierdza i przysuwa się do mnie. Odpycham
go i wstaję, kierując się do drzwi. Łapię za klamkę. Nie miałam nadziei, że się
otworzą, jednak zawsze warto spróbować. Opieram się o nie plecami i mówię
rozbawionym tonem.
-Wiesz czego ja chcę? Zwymiotować na Ciebie. – prawda! To byłby piękny widok. Stefan wstaje
i podchodzi do mnie, opierając się całym swoim ciężarem ciała o moje. Chcę go
odepchnąć, jednak nie mogę, bo trzyma mnie za obie dłonie. Denerwuje mnie fakt,
że jest ode mnie silniejszy. Zaczyna mnie całować i dotykać. Teraz mam ochotę
go wręcz zabić! Już chciałam się na niego wydrzeć, kiedy jego usta dotknęły
moich. Jego noga znajduję się między moimi udami, dociskając ją co jakiś czas
do drzwi. Kopnęłam delikatnie nogą drzwi w nadziei, że ktoś może tamtędy
przechodzić i uratuje mnie od tego obleśnego ignoranta. Czuję ucisk w gardle.
Zaczyna robić mi się ciemno przed oczami i mam ochotę się rozpłakać. Słyszę
delikatne dotknięcie klamki, aż nagle drzwi się otwierają, a ja upadam na
podłogę. Na moje nieszczęście Stefan na mnie. Rozglądam się dookoła. Widzę
biegnącą dziewczynkę, która skręca w stronę schodów, prowadzących na poddasze.
Spycham z siebie Stefana i biegnę w jej kierunku. –Zaczekaj! – wołam podenerwowana. Nie wiem kim jest i co robi w
moim domu, ale uratowała mnie od najgorszego koszmaru, który mógł się zdarzyć
lada moment. Skręcam w ciemny korytarz, wbiegam po schodach i słyszę cichutki,
dziewczęcy szloch. Otwieram klapę w suficie od poddasza i wchodzę do niego.
Pełno tu pajęczyn i kurzu. Patrzę dookoła. Nikogo tutaj nie ma. –Przepraszam, słyszysz mnie? Halo? –
nikt nie odpowiada. Nie rozumiem co tutaj się dzieje. Wchodzę w głąb, podnoszę
prześcieradła, które owijają poszczególne stare meble. Połowa rzeczy trafia
tutaj z salonu. Helenie rzadko coś przypada do gustu, a ma głupi nawyk
kupowania i wywalania niepotrzebnych rzeczy. Jednakże zamiast je oddać ubogim
woli je walnąć na strych. Podchodzę do małych schodów. Patrzę jeszcze raz za
siebie. Odwracam się przodem do schodów i idę na dół. Nagle czuję mocne
pchnięcie i cichy głosik mówiący „Wpuść nas…” Spadam na podłogę. Strasznie boli
mnie kostka. Co to miało być? Patrzę za siebie. Ponownie nikogo nie widzę.